wtorek, 1 sierpnia 2017

Ochronię cię, Minhyuk

Z okazji rozpoczęcia nowego miesiąca, a zarazem drugiej połówki wakacji postanowiłam opublikować one shot z którego jestem naprawdę zadowolona. Początkowo pisanie tej miniaturki szło mi marnie - nawet bardzo, ale w końcu udało mu się napisać coś sensownego i tym oto sposobem oddaję w wasze ręce tą jednopartówkę. Mam nadzieję, że czytelnikom (których na razie tu nie ma) spodoba się ta historia i skomentujecie tą część :). Zapraszam również do zamawiania scenariuszy oraz one shotów - nie martwcie się kiedy wam je napiszę. :) 






Pairing: HyungHyuk
Zespół: Monsta X
Typ: shonen-ai
Ostrzeżenia: sceny brutalne


Ochronię Cię, Minhyuk
Jeden cios...
Drugi cios...
Trzeci cios...
O trzy ciosy za dużo...
Zacisnąłem mocno pięść czując na skórze piekący ból. Z ukrycia obserwowałem akcję rozgrywającą się na środku ulicy pośród zgromadzonego tłumu starszych mężczyzn dopingujących jednego ze „swoich”. Po ostatnim ciosie nastolatek, którego można uznać za główną atrakcję tego widowiska upadł na ziemię ze spuszczoną ku niej głową. Na bolącym policzku trzymał dłoń, ale nie miał odwagi się podnieść i oddać.
– Hyungwon – wyszeptałem jego imię pod nosem, czując napływającą nienawiść.
Od wielu lat przyjaźniłem się z ty,=m chłopakiem, co pozwoliło mi na poznanie jego bolesnej historii. Pochodził z patologicznej rodziny, zresztą jak ja, czy większość dzieciaków mieszkających na tej dzielnicy. Wiedzieliśmy jednak, że on miał najgorzej i na nieszczęście ja sam mogłem tego doświadczyć będąc w jego domu kilka lat wcześniej ten pierwszy i ostatni raz. Ojciec chłopaka był straszny, bali się go nawet uliczni gangsterzy od których aż się roiło. Mężczyzna nieraz zabił człowieka, później posiekał, niczym świnię na rzezi i zjadł, jak gdyby nigdy nic. Jakby to był zwykły, codzienny pokarm.
Współczułem młodszemu takiego rodzica, ale wiedziałem, że nic nie mogę z tym zrobić.
– Przestań – przerażony głos chłopaka wywołał wśród zgromadzonych falę śmiechu. Kumpli jego ojca zdecydowanie to nie bawiło, ale musieli udawać, aby nie oberwało się im za jakąkolwiek próbę protestu.
Przygryzłem dolną wargę, czując w ciele niesamowity gorąc. Naprężyłem mocno wyćwiczone mięśnie całej ręki i mimo bólu ponownie uderzyłem pięścią w ścianę. Donośny dźwięk rozniósł się w pobliżu co zwróciło uwagę kilku mężczyzn. Jeden z nich wyraźnie się poruszył chcąc sprawdzić co się dzieje, ale zaraz został upomniany, a raczej zaszantażowany przez pana Chae.
– Sam pójdę, bo jak nie to cię zabiję – uśmiechnął się pod nosem szaleńczo, a ja jedyne co mogłem zrobić to przełknięcie głośno śliny.
Tak, bałem się go i wcale nie wstydziłem się tego pokazać. Przecież ten mężczyzna to był potwór, a nie człowiek. Ludzie tak nie robią!
– Tato! – Brunet chwycił ojca za nogawkę długich, brudnych oraz obdartych spodni i pociągnął w swoją stronę. W ten sposób zatrzymał go i skupił na nim swoją uwagę.
Pan Chae po raz kolejny go uderzył, ale tym razem w głowę przez co Hyungwon upadł na ziemię.
Ten krótki moment pozwolił mi na ucieczkę. Nie byłem z siebie dumny. Pozwoliłem na to, aby skrzywdzili mojego przyjaciela, jeszcze w dodatku to była moja wina. To przeze mnie tam leżał, być może nawet nieprzytomny.
Ale...
Bałem się zawrócić, sprawdzić, czy wszystko z nim dobrze, upewnić się, że żyje...
Ja naprawdę się bałem.

– W szpitalu? - Powtórzyłem słowa sąsiada, który był niczym słup informacyjny. Wiele osób porównywało go do natrętnych starszych kobiet, które jedyne co potrafią to obserwować życie innych osób.
Spojrzałem w jego oczy i już wiedziałem, że nie kłamie.
Z wdzięcznością wypisaną na twarzy podziękowałem mu serdecznie, by następnie skierować się w stronę najbliższego punktu pomocy medycznej. Okolica nie była duża, czy jakaś ważniejsza, jednak częste wypadki oraz morderstwa sprawiły, że wybudowano tu jeden ogromny budynek w którym mieściły się trzy najważniejsze służby cywilne. Chcąc nie chcąc bywałem tam częstym gościem przez swoje zachowanie, dlatego większość już mnie kojarzyła.
Po dziesięciu minutach szybkiego biegu w końcu pojawiłem się przed upragnionym miejscem i tak jak się spodziewałem, było tam tłoczno. Ogromna izba przyjęcia aż roiła się od rannych, bądź też nie pacjentów, którym przy okazji towarzyszyli ich najbliżsi, by nie czuli się samotni.
Dzieciaki, które biegały w tę i z powrotem nie zdawały sobie sprawy z prawdziwego życia, które za niedługo miały pokazać im swoje faktyczne oblicze.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Sam jeszcze niedawno taki byłem, ale wtedy matka zaczęła ćpać i wszystko się zaczęło.
W tej dzielnicy nikt tak naprawdę nie miał życia. Od razu wszyscy powinni byli stąd uciekać, a nie teraz cierpieć, że życie nie toczy się tak jakby ci tego chcieli. Ja, gdybym tylko miał taką możliwość już dawno bym stąd zwiał, ale nie chciałem zostawiać Hyungwon'a samego. Już i tak stałem się dla niego ciężarem, więc nie chciałem przynajmniej by ten czuł się samotny. Wolałem zostać przy człowieku któremu zawdzięczam własne życie.
Tak, ten młody brunet, którego ojciec brutalnie zmasakrował uratował mnie.
Zwykłego tchórza...
Zawdzięczałem mu naprawdę bardzo wiele, jednakże on o tym nie wie, bo często mnie unika.
Nazwałem go przyjacielem po tym jak zajął się mną po mojej próbie samobójczej. Jedynym co wtedy powiedział było wypowiedzenie swojego imienia oraz, że obserwuje mnie od dłuższego czasu. Na początku nie byłem pewien co powinien mu odpowiedzieć, ale po pewnym czasie, gdy udało mi się go odszukać po tej „przygodzie” obiecałem mu, że nie pozwolę mu zostać samotnikiem. Przyrzekłem iż na zawsze z nim pozostanę i miałem zamiar dotrzymać danego mu słowa.
Od paru tygodni przygotowałem doskonały plan zabójstwa naszej dwójki oraz byłem już w trakcie tworzenia odpowiedniej trucizny. Potrzebowałem tylko jego zgody...
Po chwili stania w przejściu niczym jakiś ciołek popchnął mnie jeden ze znajomych ratowników z którym wymieniłem tylko porozumiewawcze spojrzenie. W ten sposób dowiedziałem się kto zajmuje się moim przyjacielem. Bez zbędnych słów ruszyłem w stronę gabinetu znajomego lekarza, Son Hyun Woo'na i po przywitaniu ujrzałem na łóżku niedaleko śpiącego Hyungwon'a. Podbiegłem do niego krzycząc jego imię, jednak on nawet nie drgnął.
– Jest nieprzytomny.
Starszy położył na moim ramieniu dłoń, by okazać mi w ten sposób współczucie, a ja przygryzłem dolną wargę, by tylko się nie rozpłakać. To wszystko nie miało tak wyglądać.
Mieliśmy umrzeć razem.
On nie miał mnie zostawiać, a ja miałem przy nim zostać.
Nawet jeśli on nie odczuwał do mnie tak silnej więzi jak ja do niego.
– Hyungwon – szepnąłem, gdy po moich policzkach spłynęły łzy. Chwyciłem jego dłoń i ucałowałem jej wierch. – Obudź się, głupku.
Dlaczego zdecydowałeś się uratować takiego tchórza jak ja?
Chciałem zadać mu to pytanie, jednak obawiałem się nieco jego odpowiedzi. Czego mogłem się spodziewać, a raczej czego tak naprawdę oczekiwałem? Sam już nie wiedziałem.
– Jego stan jest stabilny, jednak doznał wstrząśnienia mózgu po tym jak ojciec przyrąbał jego głową w ziemię  – westchnął szatyn, a ja wyłupiłem na niego oczy. – Musimy w końcu zawiadomić policję. To nie jest normalne, że taki szaleniec chodzi po okolicy i robi co mu się żywnie podoba.
Spuściłem głowę.
– Doskonale wiesz jak jest... – Mruknąłem niezadowolony obserwując kątem oka twarz nieprzytomnego przyjaciela. – Jego ojciec zdąży ich, a także jego pozabijać zanim ci wypowiedzą swoje słynne „Uwaga, policja!”. Pan Chae to prawdziwy potwór...
– Wiem, ale cholera – syknął patrząc w innym kierunku, gdyż nie chciał przyznać mi racji.
W odpowiedzi westchnąłem tylko i pogładziłem policzek leżącego bruneta. Chłopak był cały spocony, a mimika jego twarzy ukazywała, że miał koszmar. Zmartwiony zbliżyłem się do niego jeszcze bardziej, by następnie delikatnie poruszyć w celu zbudzenia. Niestety ten nawet nie drgnął.
– Jak długo będzie nieprzytomny? – Zapytałem smutny, a Shownu, bo tak ten lekarz został nazwany w okolicy, tylko wzruszył ramionami.
– To wszystko już zależy od niego – brunet uśmiechnął się delikatnie i odszedł zostawiając mnie sam na sam z bezwładnym ciałem.
Hyungwon, który leżał teraz na łóżku był niesamowicie słaby. Odkąd go poznałem uważałem, że był dziwnym dzieciakiem pochodzącym z najbardziej patologicznego domu o jakim nawet nie śniłem w najgorszych koszmarach. Nawet nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo pomyliłem się względem jego osoby. Być może był cichy i małomówny, ale dlaczego wciąż żył? Przecież jego ojciec ma to w dupie, czy człowiek, którego pożre jest kimś dla niego bliskim, czy też nie, więc dlaczego ten zamknięty w sobie chłopak wciąż stąpał po ziemi?
Odpowiedź w gruncie rzeczy nie była tak skomplikowana jak się mogło wydawać.
Ten dwudziestotrzyletni brunet był niesamowicie silny, a ofiarą dla ojca stawał się jedynie wśród tłumu oraz gdy musiał bronić kogoś dla siebie ważnego. Już nie raz widziałem jak sam przywalił ojcu, który chcąc nie chcąc bał się z nim pozostać sam na sam.
Tak, ten niby najstraszniejszy potwór okolicy bał się własnego syna, a nikt nie licząc mnie nie wiedział jaką siłę posiadał Hyungwon.

Był poniedziałek, godzina dziewiętnasta, a na dworze już było ciemno. Szedłem ubrany w bluzę z rękami wsuniętymi w jej dużą kieszeń i kapturem naciągniętym na głowę obserwując przy tym czubki własnych butów. Celem mojej wycieczki był – tak jak od kilku dni – szpital w którym leżał Hyungwon. Chłopak na szczęście wczoraj w końcu się wybudził, jednak od tego czasu z nikim nie wymienił ani słówka, nawet ze mną. Było mi trochę żal, bo myślałem, że przynajmniej przede mną młodszy się otworzy, ale niestety moje oczekiwania spełzły na niczym. W gruncie rzeczy rozumiałem dlaczego był taki zamknięty w sobie, jednak nie pojmowałem dlaczego ukazywał jedynie swoje słabe strony. Był silny, nawet cholernie, więc dlaczego przed tłumem nie chciał tego pokazać? Dziwiło mnie jego zachowanie, ale postanowiłem zachować swoje zdanie dla siebie.
Po około dwudziestu minutach naprawdę powolnego tempa chodu w końcu doszedłem pod upragnione miejsce. Nigdy nie przeszkadzały mi szpitale, ale teraz wiedząc iż w jednym z nich znajduje się mój najlepszy przyjaciel nie wiedziałem co mam o tym myśleć.
Oczywiście, ośrodek zdrowia był kluczowy i co najważniejsze potrzeby, ale stojąc przed nim zdałem sobie sprawę iż jedynej osobie jakiej ufałem grozi niebezpieczeństwo. Ta jedna myśl sprawiała, że nie miałem najmniejszej ochoty codziennie przychodzić do tego budynku.
– Wchodzisz? – Zapytał Changkyun, który od dobrych kilku miesięcy służył tu jako ratownik medyczny. Zacisnąłem mocno pięści i przytaknąłem mu ruchem głowy, by następnie udać się w stronę automatycznie otwierających się drzwi.
Gdy tylko stanąłem w przejściu niemal natychmiast moje spojrzenie przykuło ogromne zgromadzenie, które stało w kółku i wskazywało na coś palcami. Zaciekawiony podszedłem tam, jednak od razu ujrzałem siedzącego Chae.
– Hyungwon – szepnąłem cicho, po czym przerażony zacząłem się przeciskać przez tłum, a  gdy tylko w końcu się przebiłem zobaczyłem coś czego nigdy w życiu się nie spodziewałem.
Na twarzy bruneta widniał delikatny aczkolwiek zauważalny uśmiech.
– Hyungwon... – Powtórzyłem wpatrzony w niego niczym w obrazek, a on odwrócił się w moją stronę.
Chłopak na początku był bardzo zaskoczony, ale zaraz na jego twarzy pojawił się ogromny rumieniec, a uśmiech zniknął. Otworzyłem ze zdziwienia usta po chwili zdając sobie sprawę, że to przeze mnie dwudziestotrzyletni pacjent szpitala przestał się uśmiechać.
– Hyungwon – powiedziałem po raz trzeci, jednak jego przerażona mina sprawiła iż spuściłem głowę w dół i najzwyczajniej w świecie odszedłem.
Odkąd wyznał mi swoje prawdziwe imię zdałem sobie sprawę, że stał się bardziej zamknięty w sobie niż wcześniej. Czyżbym to ja był tego przyczyną?  W tej chwili już nie musiałem zadawać sobie tego pytania, bo wszystko stało się dla mnie jasne. To była moja wina, że ukrywał swoje prawdziwe uczucia za maską małomównego i smętnego chłopaka. Gdybym nie pojawił się w jego życiu być może teraz uśmiechałby się każdego dnia bez strachu?
Byłem już w połowie drogi do wyjścia, gdy poczułem na nadgarstku czyiś uścisk.
Zaskoczony, a zarazem zadowolony, że Hyungwon postanowił o mnie zawalczyć obróciłem się, jednak nikogo nie zauważyłem. Dopiero gdy zniżyłem trochę wzrok ujrzałem niewielką dziewczynkę mającą zaledwie około sześciu lat. Od razu uklęknąłem przed nią, a ta odwróciła głowę w bok.
– Coś się stało? – Zapytałem uśmiechając się najczulej jak tylko potrafiłem, bo w zasadzie to uwielbiałem takie małe pociechy. – Zgubiłaś się?
– Nie... – Szepnęła, gdy w końcu nasze spojrzenia się spotkały. Niemalże natychmiast na jej buzię wpełzł szeroki uśmiech i ogromne o kolorze delikatnego różu rumieńce. – Tamten pan – wskazała palcem na siedzącego na ziemi Chae, który wpatrywał się w ziemię zszokowanym, a zarazem przerażonym wzrokiem – kazał mi to przekazać.
Szatynka włożyła mi do dłoni niewielki pakunek, po czym odbiegła do bruneta i przytuliła się do niego. Obrazek jaki przed sobą miałem był śliczny, a stał się jeszcze piękniejszy, gdy zarumieniony Hyungwon odwrócił lekko głowę w moją stronę.
– Dziękuję – szepnąłem cicho spoglądając w jego oczy oddalone ode mnie o parę metrów.
Przejrzałem białe pudełko, a gdy w końcu je otworzyłem moim oczom ukazał się srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie „X”. Przygryzając dolną wargę wyciągnąłem naszyjnik i zacisnąłem go dosyć mocno w dłoni, by następnie zerknąć na bawiącego się z dziewczynką smętnego przyjaciela.
To był mój pierwszy prezent jaki otrzymałem od drugiej osoby. Zawsze to ja dawałem.
Nie długo musiałem czekać, by poczuć krople łez, które spływały właśnie po moich policzkach, a zaraz zaniosłem się również głośnym płaczem - nie szlochem, tego tak nie można było nawet nazwać.
– Dziękuję – powtórzyłem, gdy na twarz Chae wdarło się przerażenie.
Chłopak już miał zamiar do mnie podejść, ale ja najzwyczajniej w świecie po prostu odszedłem zapinając pamiątkę wokół szyi. Postanowiłem odejść póki miałem jeszcze na to siły, bo czułem, że za niedługo nie potrafiłbym o nim zapomnieć.
Obiecałem mu, że go nie zostawię, jednak wolałem to zrobić już teraz niż patrzeć na jego cierpienie wywołane przez moją osobę.

W domu spędziłem dwa dni pakując się i oczekując jakiegoś telefonu ze strony szpitala, jednak komórka ani razu nie wydała z siebie odpowiedniego dźwięku. Wychodząc z ośrodka zdrowia spotkałem się z drugim znajomym ratownikiem Jooheon'em, którego przy okazji poprosiłem o powiadomienie, gdyby coś złego działo się z przyjacielem. Oczywiście powinienem się cieszyć, że z Hyungwon'em wszystko jest w porządku, ale miałem cichą nadzieję, że urządzenie zadzwoni i że brunet będzie potrzebował mojej pomocy.
Gdy w końcu spakowałem się do końca postanowiłem dać sobie spokój i po prostu wyjechać. Teraz była na to odpowiednia pora, a skoro nikt mnie nie potrzebował, to nic mnie nie trzymało w tym miejscu.
Ja chciałem tylko uciec.
Tak wiem, stchórzyłem, ale ratowanie Chae już nie miało sensu, bo on i tak nie miał najmniejszego zamiaru opuszczać tej pieprzonej dziury.
Sam już nie wiedziałem co mam o tym wszystkim sądzić. Z jednej strony chciałem zostać, by opiekować się przyjacielem, ale z drugiej bałem się przy nim zostać. Jak długo miałem mieć jeszcze tak zaplątane myśli?
– Głupek – szepnąłem sam do siebie, po czym uderzyłem się pięścią w głowę.
Tuż przy drzwiach, trzymając w dłoniach sporej wielkości walizki spojrzałem jeszcze na chwilę na komodę stojącą niedaleko mnie. Na jej wierzchu leżała mała fiolka z niebieskim płynem, którym była śmiertelna trucizna przygotowana specjalnie dla mnie i Hyungwon'a byśmy mogli razem umrzeć.
Wiedziałem jednak, że moje ostatnie marzenie, a raczej pragnienie wspólnej śmierci nigdy nie miało prawa się spełnić, bo przecież Chae nigdy nie powiedział mi że chce się zabić. Nie przeszkadzało mu życie w jakim tkwił, czasami miałem wrażenie, że nawet go cieszyło, dlatego też postanowiłem go opuścić.
– Do zobaczenia, przyjacielu – mruknąłem pod nosem – ochronię cię.
Zbliżyłem dłoń do klamki, lecz nim zdążyłem pociągnąć ją w dół drzwi same się otworzyły przez co oberwałem nimi dosyć mocno w głowę. Zaskoczony upadłem na podłogę, czując przy okazji straszliwy głos w prawej ręce o którą się oparłem.
Przyspieszyłem oddech, gdy w drzwiach ujrzałem twarz ojca najlepszego przyjaciela.
– Co jest... – Jęknąłem przerażony niczym małe dziecko, a on wszedł do mojego domu z szaleńczym uśmiechem i siekierą w lewej ręce.
– No chodź tu pedale jeden – warknął głośno, a z jego ust wydobyła się ślina.
Widok mężczyzny, który wręcz wygłodniałym wzrokiem patrzył na mnie jak na zwierzynę sprawił, że cały zesztywniałem i nie wiedziałem co mam zrobić. Dopiero po chwili, gdy adrenalina dopłynęła do mojej krwi ruszyłem się ze swojego miejsca. Na początku wbiegłem do kuchni, która była najbliższym pomieszczeniem, jednak kiedy ujrzałem narzędzie przelatujące tuż przed moimi oczami stwierdziłem iż był to głupi pomysł. Zrozpaczony zacząłem o+glądać się wokół siebie, przy czym zdałem sobie  sprawę, że nie znam własnego domu.
– Ja pierdolę – szepnąłem przestraszony jak nigdy dotąd i przybliżyłem się do ściany, by następnie oprzeć się o nią plecami.
Drżałem jak głupek widząc przed oczami własną, krwawą śmierć.
Oczywiście, chciałem umrzeć, jednak chciałem to zrobić nie czując przy tym żadnego bólu, a ten mężczyzna na nieszczęście był szaleńcem potrzebującym ludzkiego mięsa by przeżyć, bo jak twierdził jedynie to mu smakuje.
– Zostaw mnie! – Wrzasnąłem przerażony gdy ten pojawił się w kuchni z uśmiechem na ustach i spokojnym krokiem ruszył po leżącą na ziemi siekierę, która wcześniej odbiła się o prostopadłą ścianę do tej o którą ja byłem oparty.
– Krzycz – szepnął podchodząc do mnie.
– Pomocy... – Powiedziałem to tak cicho, że chyba nawet ten psychopata tego nie usłyszał. – Pomocy...
– Och będziesz krzyczał pedale – warknął po raz kolejny, a ja drgnąłem.
Nie tyle co z przerażenia, ale teraz również i ze zdziwienia.
– Pedale? – Szepnąłem, jednak ten zamiast odpowiedzieć rzucił w moją w stronę broń. Ledwo co zdołałem odsunąć się od ciosu. Patrzyłem na żelazo z przerażeniem, a zaraz poczułem jak starzec chwyta mnie za gardło i mocno przyciska do kafelek, którymi okryta była ściana.
– Dlaczego zmieniłeś mojego syna w pedała?! – Wrzasnął wściekły i już miał zamiar sięgnąć po narzędzie, kiedy nagle jego ręka oderwała się od reszty ciała, a on chwycił się za bolące miejsce w którym powinna być jego prawica.
Pod wpływem chwili z przerażenia zacząłem się także cios, a wykorzystując chwilową niedyspozycję mężczyzny kopnąłem go w brzuch i odbiegłem.
– Kurwa! – Krzyknął próbując powstrzymać krwawienie z ramienia. – Wracaj tu mięsko!
Przestraszony dopiero teraz zorientowałem się kto stał w drzwiach z kamiennym wyrazem twarzy. To był Hyungwon, którego jeszcze nigdy nie widziałem tak beznamiętnego. Spojrzał na mnie swoim spokojnym spojrzeniem, po czym podszedł do mężczyzny bez zbędnych słów.
– Co ty tu robisz... – Szepnął przerażony starzec rozglądając się we wszystkie strony, by wyłapać gdzie posiadł swoją siekierę, jednak ta leżała w kałuży krwi wraz ze swoją bliźniaczką, która  oderwała jego prawą rękę od reszty ciała. – Dlaczego tu jesteś?!
Chae nie odpowiedział mu.
– Hyungwon – szepnąłem przestraszony jego zachowaniem.
Naprawdę, jeszcze nigdy nie widziałem go... Takiego.
– Co chcesz mi znowu zrobić? – Zapytał jego ojciec, gdy ten schylił się po swoją zakrwawioną broń. – Przecież ja nic nie zrobiłem.
Zamiast mu odpowiedzieć szatyn wskazał na mnie palcem, po czym przejechał po swojej szyi kciukiem w celu zagrożenia mu śmiercią.
W jednej chwili chciałem do niego podejść i zapytać dlaczego to robi, ale wtedy ten się odezwał.
– Zajebię cię skurwielu – syknął z całą nienawiścią jaką w sobie nosił przez cały ten czas – nie dam ci go tknąć – warknął wściekły, po czym odwrócił głowę w moim kierunku i uśmiechnął się delikatnie – ochronię cię, Minhyuk.
– Jebany pedał! Zapierdol mnie! Przynajmniej się w nim nie zakochałem tak jak ty! Za...
Mężczyzna nie zdołał powiedzieć zdania do końca, gdyż nieoczekiwanie jego głowa wylądowała na ścianie obok.
– Zamknij mordę, psie.
Zasłoniłem przerażony, a zarazem zniesmaczony usta, po czym podbiegłem do kranu, by zwymiotować. Czułem się okropnie, a widok oderwanej głowy od reszty ciała jeszcze bardziej pogarszał mu stan.
Hyungwon stał właśnie obok mnie z zakrwawioną już nie tylko siekierą, ale i ubraniem z beznamiętną miną, jakby to co właśnie zrobił było czymś zupełnie naturalnym. Nie wiedziałem co mam zrobić w tym przypadku. W gruncie rzeczy powinienem być mu wdzięczny za to, że mnie uratował, ale nie dopuszczałem do siebie myśli iż ktoś inny może przez to zginąć. Nawet ten nienormalny psychopata.
Po dłuższej chwili, gdy w końcu się uspokoiłem spojrzałem na przyjaciela, który odrzucił właśnie swoje narzędzie w bok i zadrżałem lekko, gdy spostrzegłem, że on patrzy na mnie.
Ale jego wzrok był inny...
Nie taki brutalny oraz wypełniony nienawiścią, jak w przypadku gdy mordował swojego ojca.
Jego spojrzenie po prostu było inne...
Przyjemne, a co najważniejsze czułe.
Uśmiechnąłem się do niego delikatnie przecierając przy tym ręce by zmyć resztki zwymiotowanego pożywienia.
Hyungwon bez zbędnych słów – zresztą jak zawsze, dzisiaj usłyszałem go dopiero po raz drugi – podszedł do mnie i otoczył mnie ramieniem. Pod wpływem chwili również objął go tym razem wokół talii, zbliżając do siebie jeszcze bardziej. W jego ramionach poczułem się naprawdę bezpiecznie. Jakby nie było to on mnie przed chwilą chciał po prostu uratować.
– Dziękuję – szepnąłem z uśmiechem.
Oparłem głowę o jego lewy bok i nasłuchiwałem jak jego serce bije w niesamowicie szybkim tempie. Pewnie nie było to wywołane tym co przed chwilą się stało, a tym, że teraz staliśmy wtuleni w siebie. Ten uścisk był nam obojgu potrzebny.
Gdy w końcu odsunąłem się od niego spostrzegłem, że ja również ubrudziłem się krwią znienawidzonego pana Chae. Na początku chciałem mu powiedzieć, że powinniśmy uciec stąd jak najszybciej się dało, ale postanowiłem iż spełnię swoje marzenie śmierci w jego ramionach.
– Hyungwon –  powiedziałem pewnie, a on uśmiechnął się czule –  zabijmy się.
Chłopak drgnął pod wpływem tego zdania, ale zamiast protestu pochylił się nade mną i złożył na moich ustach przyjemny pocałunek. Nie wykonywaliśmy przy tym żadnych niepotrzebnych ruchów. Ważnym w tym momencie było to, że byliśmy tuż przy sobie na wyciągnięcie ręki. Nie pragnęliśmy niczego i nikogo innego niż siebie nawzajem. Gdy rozchyliłem delikatnie wargi Hyungwon wykorzystał tę chwilę i pogłębił całus co chwilę zamieniając miejsce swoich ust, jak i tempo pocałunku.
Oderwaliśmy się od siebie dopiero gdy zabrakło nam tchu, jednak jednocześnie Chae znów przytulił mnie do siebie tym samym zgadzając się na moją propozycję.
Podniosłem głowę do góry szczęśliwy, po czym chwyciłem go za nadgarstek i podbiegłem w stronę korytarza, by następnie zabrać z leżącej tam komody fiolki z trucizną. Widziałem na twarzy Hyungwon'a najpiękniejszy na świecie i najczulszy jaki w życiu widziałem, uśmiech, co sprawiło, że w moich oczach zakręciły się łzy.
– Hyungwon – szepnąłem uradowany.
Już po minucie znaleźliśmy się w łazience, która znajdowała się na samej górze mojego niewielkiego domu jaki odziedziczyłem po zmarłej babci. Pomieszczenie było nieduże, jednak im wystarczyła tylko ta wanna umieszczona na samym środku kafelkowego wnętrza. Gdzieniegdzie ustawione na ziemi były doniczki z ogromnymi roślinami, które zakrywały większość podłogi.
Oczarowany tym widokiem Chae otworzył delikatnie buzię, a ja wykorzystałem to by pozostawić na nich pocałunek.
– Zróbmy to – szepnąłem po raz kolejny, a on kiwnął posłusznie głową. To nie tak, że on się na wszystko zgadzał, bo go do tego zmuszałem, on po prostu mi ufał...
Nie, on mnie kochał...
Oczywiście, zdałem sobie z tego sprawę dużo wcześniej w momencie w którym bez wiedzy Hyungwon'a zobaczyłem jego pokój. Pomieszczenie było oblepione plakatami z moją podobizną otoczonymi serduszkami, a na samym środku sypialni znajdowało się coś na wzór ołtarzyka na którym postawił moje zdjęcie w ramce. Na początku byłem tym przerażony – to było oczywiste, ale od czasu gdy mnie uratował przestało mi to przeszkadzać, a raczej imponować, tym samym sprawiając iż on również zaczynał podobać się mi.
– Chodźmy – powiedziałem z uśmiechem i podszedłem do wanny, by następnie włączyć kran, by leciała woda.
W tym czasie oparłem się o jej brzeg, a Hyungwon położył dłonie na moich policzkach, by następnie pochylić się nade mną oraz po raz kolejny pocałunek. Pieszczota była niezmiernie przyjemna i trwała dopóki wanna nie została napełniona do połowy.
– Wejdziesz pierwszy? – Zapytałem spokojnie, a on posłusznie kiwnął głową i bez rozbierania wszedł do mebla łazienkowego. Poczekał na mnie może dwie sekundy, bo musiałem jeszcze wlać tam truciznę i odłożyć gdzieś na bok fiolkę, jednak gdy również znalazłem się w wannie poczułem przyjemny chłód wody wdzierającej się w przeróżne miejsca mojego ubrania. – Jeszcze tylko chwilkę, zaraz ta męczarnia się skończy.
Brunet znów się uśmiechnął i pogładził mnie po włosach.
Spoglądając w jego oczy zdjąłem z siebie jego dłoń i splotłem nasze palce razem, by następnie odsunąć je na bok. Z rumieńcem na twarzy pochyliłem się nad nim szepcząc mu jak bardzo mi na nim zależy i jak długo oczekiwałem tej chwili.
– Zróbmy to – powiedziałem.
Gdy w końcu skończyłem mu opowiadać o swoim prawdziwym życiu, a następnie schyliłem się nisko, by moje usta zetknęły się z teraz ciemnoniebieską cieczą, która zmieniła swój kolor pod wpływem trucizny o tym zabarwieniu. Nabrałem płynu do ust, po czym połknąłem to, aby następnie zrobić ten samym krok, jednak tym razem bez wypicia.
Z uśmiechem na twarzy pochyliłem się nad Hyungwon'em i kiedy ten rozchylił swoje wargi wprowadziłem do jego jamy ustnej wodę zmieszaną z szkodliwym środkiem. Czułem, że chłopak się uśmiecha, a gdy tylko przyjął całą substancję ciekłą i połknął ją rozpoczęliśmy szaleńczy pocałunek, który był wypełniony wszystkimi uczuciami, jakie w nas siedziały.
Smutek, tęsknota, radość...
Miłość, a nawet nienawiść...
Nie byłem w stanie nawet rozmyślać nad tym, że ktoś dobija się do drzwi mojego domu, a w kuchni leży trup, którego trzy części ciała leżą w różnych miejscach.
W tym momencie najważniejszy był ten czuły, a zarazem pewny siebie chłopak, który nie był zamknięty w sobie czy małomówny.
On mówił, nawet bardzo dużo.
Był rozgadany jak nigdy dotąd.
Każdy jego gest mówił sam przez siebie.
Chyba jako jedynie tak naprawdę rozumiałem co mi właśnie przekazywał, ale wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, czułem się wyjątkowo. Hyungwon sprawiał, że czułem się całkowicie inną osobą, która gdzieś w głębi mojej duszy tkwiła obawiając się wyjścia na zewnątrz do ludzi.
Ale teraz już tego nie potrzebowałem, bo liczył się tylko on.
– Kocham cię – usłyszałem jak przez mgłę.
Umierałem.
Tak, ja ciebie też kocham, Hyungwon. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz